Ihre Browserversion ist veraltet. Wir empfehlen, Ihren Browser auf die neueste Version zu aktualisieren.

 

Piotr Siwecki

geb. 1971 in Olsztyn, Polen

lebt in Olsztyn, Polen

 

Prosa

Kritik

Übersetzung

Literaturkonferenz


www.minimalbooks.blox.pl

Buchtitel:

Prosa

  • Piotruś Rowerek (1997)
  • Zrozumieć Plichta (2001)
  • SMS (2001)
  • Hyper-Gender (2002)
  • BIOS (2002)
  • Naiwność (2003-2006)

Poesie

  • Wstęp-do-nieistniejącego-podręcznika (1989)
  • Dziesięć wierszy mających związek z moją żoną (1995)

 

 

 

°°°

 

Nad morze, hej, nad morze!

W góry, hej, w góry!

(P.S., Hyper-Gender)

°°°

copyright Piotr Siwecki

 

PIOTR SIWECKI

ZROZUMIEĆ PLICHTA

(fragment powieści)

 

Agnieszka widzi z okien swojego domu jezioro.

Jezioro jest wąskie i długie.

Na środku jeziora jest żelazna boja.

Na boi siadają rybitwy.

Ich krzyki budzą dzieci Agnieszki.

Dzieci Agnieszki są bliźniętami.

Są wszystkim, czego Agnieszka mogła spodziewać się od życia.

 

W domu Agnieszki mieszka stara Kozłowa.

Kozłowa pamięta zapach swojego męża, który był szabrownikiem. Pamięta pierwszą noc po wojnie, kiedy przyszedł do jej domu i został w nim aż do śmierci.

Stara Kozłowa pochowała męża w ogrodzie za domem nikomu nic o tym nie mówiąc.

Po śmierci męża Kozłowa przestała wychodzić z domu a potem całkiem przestała chodzić, jakby chciała zatrzymać w sobie życie swojego męża.

 

Agnieszka poznała Kozłową rok po śmierci jej męża.

Mąż Agnieszki wypatrzył dom Kozłowej z okien wieżowca, w którym wynajmowali dwa pokoje z kuchnią.

Poszedł do Kozłowej i umówił się z nią, że będzie w swoim domu mieszkała tak długo, jak długo zechce.

Agnieszka miała opiekować się nią i żyć jej życiem.

 

Dom jest piętrowy i za duży dla Agnieszki.

Dzieci Agnieszki siedzą na schodach i wciskają plastelinę w dziury po sękach w deskach stopni.

Mąż Agnieszki pracuje w Hamburgu.

Przysyła Agnieszce pieniądze, za które Agnieszka karmi swoje dzieci, Kozłową i duszę domu, w którym mieszka.

Agnieszka pali w duszy domu światło do późna w nocy.

 

Dom jest brzuchem demona.

Jest nadgryzionym jabłkiem.

Jest duży i stoi jakieś trzydzieści metrów od jeziora.

Między domem i jeziorem jest ścieżka.

Jezioro zarasta przy brzegach.

Z drugiej strony domu jest wąska ulica, a po drugiej stronie ulicy są inne domy, za którymi też jest ulica, może nieco szersza, a za nią są jeszcze inne domy – wieżowce, z których jest jakieś czterdzieści metrów do innego jeziora, które nie zarasta jak to, nad którym stoi dom Agnieszki.

 

Pies Kozłowej zjada skórkę od chleba.

Pies Kozłowej bawi się z muchą.

Klepie ją łapą jak najlepszego przyjaciela.

Odgryza jej skrzydełka, ale robi to tak delikatnie, jakby nie chciał jej sprawić bólu.

Mucha całą noc siedziała przylepiona do sufitu w rogu pokoju i patrzyła jak sen Agnieszki biega nago dokoła stołu za snem psa Kozłowej, który gonił sen Kozłowej.

 

W domu Agnieszki śpi i budzi się ze snu wiele snów.

Sny szwendają się między łóżkiem Agnieszki a łóżkiem Kozłowej. Rano Agnieszka zbiera sny z podłogi w kuchni.

Sny są drewnianymi i plastikowymi klockami, które dzieci Agnieszki rozrzucają przez cały dzień po podłodze.

 

Gołąb na płocie w ogrodzie Agnieszki zagląda pod skrzydło.

Pod skrzydłem śpi jego dusza.

Kiedy gołąb rozkłada skrzydła, jego dusza budzi się i unosi gołębia do słońca.

Dusza słońca przyciąga dusze wszystkich gołębi i wszystkich ludzi.

 

Stara Kozłowa zlepia życie z kawałków śmierci i życia swojego męża.

Zapach śmierci ciągle unosi się w pokoju Kozłowej, w którym zmarł jej mąż.

Czasami Agnieszka słyszy jak Kozłowa rozmawia ze śmiercią, która leży obok niej na łóżku, albo siedzi na poręczy fotela.

Czasami Kozłowa mówi do śmierci jak do mężczyzny, a czasami jak do pięcioletniej dziewczynki.

- Muszę z tobą rozmawiać – mówi Kozłowa – bo powinnaś mnie lepiej poznać. Nie będziesz przecież brać kota w worku.

 

Dzieci Agnieszki modlą się w kościele do Boga ich babci.

Syn Agnieszki wpatruje się w duży palec prawej stopy Zbawiciela, kiedy babcia Tomańska, wychodząc z kościoła, całuje Zbawiciela w ten, nadzwyczaj nieludzkich rozmiarów, palec.

- Kościół jest dla Boga jak poszewka poduszki – mówi babcia Tomańska. – Bóg wchodzi do kościoła i układa się w nim jak pierze w poduszce – ciągnie Tomańska.

- A my, my kim jesteśmy? – pyta syn Agnieszki.

- My... – zastanawia się babcia Tomańska – ... my jesteśmy jak... jak guziki w tej poduszce, żeby pierze sobie nie mogło polecieć – kończy Tomańska.

Przechodzą, trzymając się za ręce, z jednej strony ulicy na drugą, jakby przechodzili z jednej strony świata na drugą, jakby przechodzili z jednego świata do innego.

 

Agnieszka sama w domu.

Słyszy jak dom wchodzi po schodach na strych, potem na dach i siada na dachu z nogami podkurczonymi pod brodę.

- Dom jest jak ptak z przetrąconym skrzydłem – myśli Agnieszka. Schodzi po schodach z pokoju dzieci do kuchni.

Przez otwarte drzwi w pokoju Kozłowej widzi jak Kozłowa wpatruje się w gołębie siedzące na płocie na tyłach ogrodu.

- Gołębie są jak anioły – myśli Agnieszka i przez chwilę widzi anioły śpiewające siedzące na płocie na tyłach ogrodu.

Wchodzi do kuchni.

Pod stołem – białym, drewnianym stołem z wysuwanym blatem, w którym są dwie dziury na metalowe miski – stoi Wieża Babel.

W wieży mieszkają Człowiek Pająk i Człowiek Nietoperz.

Syn Agnieszki karmi obu wyschniętymi muchami i biedronkami, które wypadają z framug, kiedy otwiera się okna.

Agnieszka widzi jak wyschnięte odwłoki much i wyschnięte skrzydełka biedronek poruszają się po podłodze, kiedy przechodzi obok nich szurając nogami.

- Czasami człowiek myśli o rzeczach w taki sposób, że świat staje się zupełnie niezrozumiały… świat staje się niezrozumiały jeszcze bardziej, kiedy stara się go nazwać, mówić o nim tak, żeby inni rozumieli, że mówi się o tym właśnie świecie, o tych rzeczach, które zdarzają się na co dzień... – myśli Agnieszka.

 

Stara Kozłowa siedzi w fotelu naprzeciwko okna.

Agnieszce wydaje się, że Kozłowa śpi cały dzień z otwartymi oczyma budząc się tylko na obiad i kolację.

Agnieszka myśli, że skóra Kozłowej jest delikatnym pancerzykiem, pod którym nie ma już miejsca dla mięśni i wnętrzności.

Agnieszka myśli, że w wieku Kozłowej człowiek jest do granic wypełniony snem, który jest duszą.

- Moja dusza zrobiła się na starość leniwa – mówi Kozłowa, kiedy Agnieszka odstawia na nocny stolik talerz po zupie.

Sen Kozłowej wsiąka w fotel.

Wyparowuje z niego wieczorem, kiedy Kozłową kładzie się do łóżka.

Łóżko stoi obok fotela tak, żeby Agnieszce było łatwiej przenieść do niego ciało Kozłowej.

Kiedy Kozłowa leży w łóżku jej sen unosi się pod sufitem.

- W nocy z człowieka wychodzi wszystko, co się w nim niezupełnie mieści – myśli Agnieszka, poprawiając kołdrę na łóżku Kozłowej.

 

We wszystkich pokojach domu Agnieszki stoją stare meble: dwie trzydrzwiowe szafy, składany stół na dwanaście osób, kredens z wysuwanym, marmurowym blatem, serwantka z dwudziestoma porcelanowymi tancerkami i dwoma drewnianymi niedźwiedziami trzymającymi w wyciągniętych łapach zielone buteleczki z wiśniową nalewką.

Agnieszka słyszy jak wieczorem czas wyparowuje ze starych mebli. Czas wsiąka w duszę Agnieszki.

Wciska się przez oczy do duszy widzenia, przez nos do duszy powonienia, przez uszy do duszy słyszenia, przez skórę do duszy dotyku.

 

Stare meble podpierają ściany domu.

Bez nich dom byłby jak wyschnięta skorupka ślimaka.

Kiedy mąż Agnieszki chciał sprzedać stare meble, Agnieszka powiedziała, że trzeba je zostawić na swoim miejscu, bo są ciężkie i nie pozwolą, żeby dom uniósł się ponad chmury.

- Durna ty – powiedział mąż Agnieszki, ale mebli nie sprzedał.

 

Fotel Kozłowej jest wyleniałym kotem.

Drewniane oparcia jeszcze mąż Kozłowej wiązał miedzianym drutem.

Obicia są jak sitko.

Przez nie dusza Kozłowej wciska się do wnętrza fotela.

Dusza Kozłowej owija się wokół sprężyn w brzuchu fotela.

Stara Kozłowa wysiaduje swoją duszę jak kura wysiaduje jajka.

 

Agnieszka stoi oparta plecami o ścianę przy oknie w pokoju Kozłowej.

Studzi płatki owsiane na wodzie.

Kozłowa nie chce jeść już nic innego jak tylko płatki owsiane na wodzie.

Koniecznie lekko przestudzone.

Czasami chleb krojony w kostkę i maczany w mleku.

 

Mówi Kozłowa: Kiedy poznałam mojego męża, nie miałam jeszcze tego fotela. Stał w tamtym domu na rogu ulicy. Tam mieszkały jeszcze przed wojną i tuż po siostry Grabowskie. Miały sklep i magiel, ale nie miały mężów, ani dzieci. Antoni chodził po wszystkich domach na osiedlu i zbierał wszystko, co nie było przymocowane do podłogi. Tak, był szabrownikiem, ale kto tam choć raz w życiu czegoś nie zaszabrował? Antoni, to jest mój mąż, mówił, że jak raz w życiu się czegoś nie naszabruje, to nie jest się w pełni człowiekiem, bo człowiek taką ma naturę, że czuje jak co jakiś czas coś się w nim burzy, gmatwa i wtedy idzie się na szaber. A co do tego fotela, to Antoni, to znaczy mój mąż, przyniósł go na moje urodziny. Potem powiedział, że to nie z szabru, że dostał go od młodszej Grabowskiej, bo ją wysiedlają. A ona nie miała już prawie nic do stracenia, tylko nie chciała zostawić swojej siostry samej. Bo Anna pochowała Gretę w ogrodzie za domem po tym jak ją zgwałcili Rosjanie. Umarła z bólu i ze wstydu. Może nawet bardziej ze wstydu. W ogrodzie zakopały też to, co zostało z ich psa. A to był prawdziwy rasowiec, rozpłodowy jak jaki byk...Chodził z medalami, ale jak nie było podczas wojny co jeść, to siostry Grabowskie tego psa zjadły. A jak Annie kazali po wojnie wyjechać, to nie pozwolili jej zabrać złota ani srebra. Ale ona powiedziała mi, że całe złoto połknie i wytrzyma z tym w środku aż dojedzie na miejsce. Mnie nie wywieźli, bo już wtedy był przy mnie mój Antoni, a on znał się na kolei. A jak się na czymś znasz, to choćby strzały z nieba prały zawsze będziesz na wierzchu wszystkiego, co jest. Przynajmniej przez jakiś czas.

 

Agnieszka zamyka oczy.

Widzi jak Anna Grabowska połyka pierścionki i kolczyki.

Widzi jak Grabowska połyka złotego Chrystusa i srebrną Matkę Boską.

Widzi jak Grabowska siedzi skulona w wagonie.

Widzi jak Grabowska kuca nad blaszaną miską.

Widzi jak z Grabowskiej wypada do miski złoty Chrystus i srebrna Matka Boska.

Złoty Chrystus i srebrna Matka Boska pachną fekaliami.

Agnieszka widzi jak Grabowska wymiotuje od tego zapachu.

Widzi jak Grabowska płacze, kiedy wypełza z niej dżdżownica złotego łańcuszka gruba jak mały palec i długa jak cztery połączone ze sobą palce serdeczne.

 

(copyright c Piotr Siwecki)